Film, oprócz opowiadanej historii, to kompozycja dźwięku i
obrazu. Ścieżka dźwiękowa i ton głosu aktora odpowiadają za budowanie nastroju
tak samo jak gra kolorów, czy odpowiedni montaż. Jednak nie zawsze możemy
skupić się na obu tych rzeczach. Dlaczego? Dlatego, że nie wszystkie produkcje są
w języku, który znamy. A przecież chcemy zrozumieć o czym jest film. Na
przestrzeni lat, w różnych częściach świata, opracowane zostały techniki, które
mają dopomóc w rozumieniu tego, co dzieje się na ekranie nawet jeśli bohaterowie
mówią w języku zupełnie nam nieznanym. I tak prym wśród tłumaczeń filmowych
wiodą dubbing i napisy. Znane są widzom na całym świecie. Poniżej znajdują się dwa zwiastuny do koreańskiego filmu "Parasite" w wersji z dubbingiem i napisami (hiszpańskimi).
Różnica jest... no cóż, spora. Możemy z całą
pewnością stwierdzić, że w przypadku filmów animowanych dubbing się sprawdza, ale przy filmie aktorskim niekoniecznie. Przynajmniej w tym konkretnym przypadku. A trzeba Wam wiedzieć, że w Hiszpanii wszystkie filmy się dubbinguje. Żeby obejrzeć w kinie film z napisami trzeba znaleźć kino, które taki seans nam zapewni. Więc jeśli wybieracie się do Hiszpanii i akurat w tym czasie odbędzie się długo wyczekiwana przez Was premiera filmu w języku, który rozumiecie, to możecie się zdziwić jeśli pójdziecie do kina. Zobaczycie na przykład Jamesa Bonda mówiącego po hiszpańsku.
U nas jest trochę inaczej. Filmy,
które przeznaczone są dla młodszego widza zwykle są dubbingowane, a te, które
trafić mają do starszej widowni zobaczymy w kinie z napisami. Niektóre filmy są dostępne w kinach w dwóch wersjach do wyboru.
Zatrzymując się na chwilę przy napisach muszę wspomnieć o krajach takich jak Belgia, w których (zależnie od regionu) napisy dostarczane są równocześnie
w dwóch językach. W wielu kinach we Flandrii można obejrzeć film z napisami niderlandzkimi i francuskimi - jednocześnie. To dość ciekawe doświadczenie, gdy ścieżka dźwiękowa jest po angielsku, ale czegoś się nie wyłapie i bardzo chce się spojrzeć w napisy, ale nie rozumie się żadnego z dwóch języków, w których są... Poniżej rysunek poglądowy.
Inną techniką, której w kinach nie uświadczymy, ale w naszej polskiej telewizji i owszem, jest szeptanka. Z angielskiego „voice-over”
– technika polegająca na nałożeniu dodatkowej przetłumaczonej ścieżki na oryginalny
dźwięk. Tak, to właśnie to, co w Polsce nazywamy "filmem z lektorem". Niewiele krajów stosuje takie podejście do tłumaczenia filmów zagranicznych. Pokazuję to wszystkim niepolskim znajomym jako ciekawostkę i reakcja zawsze jest taka sama - zdziwienie. Alternatywne wersje tej techniki stosowane są na przykład na Białorusi, w Rosji czy Mongolii. Wiem, że wiecie o czym piszę, ale nie mogłam nie wrzucić jakiegoś przykładu.
Czasem wielkie premiery filmowe odbywają się w trakcie
naszych wakacji lub długotrwałego pobytu za granicą. Wydawać by się mogło, że
jeśli mamy do czynienia z produkcją hollywoodzką nie będziemy mieli problemu z
obejrzeniem filmu (o ile oczywiście mówimy po angielsku). Czy na pewno? Ja przekonałam się, że nie zawsze jest to takie łatwe... ale nie jest to niewykonalne!
Tego posta przygotowuję już od dawna, bo Vincenzo oglądałam na bieżąco zachwycając się nim coraz bardziej z odcinka na odcinek. Mój problem polega na tym, że nie wiem jak zabrać się do przedstawienia całości nie zdradzając zbyt wiele, a jednocześnie mogąc pochwalić koncepcję tej k-dramy i aktorów (dosłownie wszystkich).
Post będzie podzielony na kilka części. Będzie wstęp do fabuły, będzie zwiastun, będzie trochę zachwytów nad czołówką, obsadą, fabułą i oryginalną ścieżką dźwiękową, trochę o kontrowersjach związanych z mafią, co nieco o języku włoskim i... kika spoilerów, od których nie mogę się powstrzymać. Ale oddzielę je grubą kreską!
WSTĘP DO FABUŁY:
Vincenzo Cassano (grany przez Song Joon-ki) nie urodził się z tym imieniem. W wieku ośmiu lat Park Joo-hyung przeniósł się do Włoch z Korei wraz z adopcyjną rodziną. Po śmierci nowych rodziców dołącza do mafii, zostaje prawnikiem i jednocześnie prawą ręką Dona Fabio Cassano. Gdy ten umiera, schedę po nim przejmuje Paolo, który próbuje zabić Vincenzo widząc w nim rywala, a nie brata. Vincenzo wyjeżdża z Włoch i, zanim ziści plan o osiedleniu się na Malcie, wraca do Seulu by odzyskać ukryte 1,5 tony złota. Złoto, które należało do zmarłego chińskiego potentata, jest ukryte w piwnicy należącej do Vincenzo Geumga Plaza. Jest tylko jeden problem... Budynek został nielegalnie przejęty przez firmę deweloperską powiązaną z Grupą Babel. Vincenzo musi wykorzystać wszystkie swoje umiejętności by Plaza wróciłą w jego ręce. A jak nie Geumga Plaza, to chociaż ukryte w niej złoto...
ZWIASTUN:
Oficjalny zwiastun z napisami angielskimi.
CZOŁÓWKA:
Kiedy zobaczyłam ją za pierwszym razem... Myślałam, że oglądam nowego Jamesa Bonda (albo że przez przypadek włączyłam jakiegoś starego).
Czołówka jest jednocześnie bardzo minimalistyczna (symbole, mało kolorów, kolory są przygaszone) i bardzo sugestywna (wino, które wygląda jak kropla krwi, zęby zamieniające się w miasto, oko, które staje się tarczą, która staje się strzykawką, zastrzyk gotówki). Mimo tego, że Netflix daje możliwość pomijania czołówki, oglądałam ją za każdym razem.
OBSADA:
Historie opowiedziane w ksiażkach, filmach czy serialach oscylują wokół pewnych postaci. Czasem główny bohater jest jeden, czasem kilku. Vincenzo nie jest w tym przypadku wyjątkiem. Z samego tytułu możemy wnioskować kto będzie grał pierwsze skrzypce w tym serialu. Od razu trzeba jednak zwrócić uwage na to, że Vincenzo nie będzie typowym bohaterem. Jest przecież z włoskiej mafii. Obserwując materiały promocyjne dowiemy się też, że prawniczka Hong Cha-young (Jeon Yeo-been) i jej asystent, Jang Joon-woo (Ok Taecyeon) odegrają ważne role. Seriale jednak mają to do siebie, że z odcinka na odcinek relacje między bohaterami ulegają zmianie. Jest dużo więcej czasu na budowanie postaci oraz jej rozwój niż w przypadku filmu, więc nie da się jednoznacznie na początku powiedzieć kim obie te postaci będą dla tytułowego Vincenzo.
Kierując uwagę na pozostałych bohaterów, trudno powiedzieć jak bardzo drugoplanowi są drugoplanowi bohaterowie. Mamy bowiem doczynienia z Grupą Babel i reprezentującymi ich prawnikami, poznajemy najemców z Geumga Plaza, na czele z kancelarią prawniczą, obserwujemy poczynania prokuratury, włoskiej mafii i agencji wywiadowczej bezpieczeństwa międzynarodowego. Wszyscy, których możemy zobaczyć na ekranie pełnią istotne role i mają na prawdę duży wkład w rozwój wydarzeń. Wystarczy wspomnieć, że na tyle dobrze zadbano o szczegóły związane z poszczególnymi postaciami, że możemy zgadywać jaką przeszłość i jakie tajemnice skrywają, i możemy być pewni, że w odpowiednim momencie się tego dowiemy.
Vincenzo spowodował u mnie na pewnym etapie problemy z zaufaniem (taki plot twist) i od tamtego momentu bacznie zwracałam uwagę na wszystkie możliwe szczegóły mogące zdradzić prawdziwe zamiary bohaterów. Przyspożyło mi to wielu teorii spiskowych, które w większości się nie potwierdziły, ale już do końca trudno mi było całkowicie uwierzyć ludziom znajdującym się w otoczeniu Vincenzo. Tym bardziej, że serial niejednokrotnie skupiał się na ich poczynaniach pozwalając nam poznać ich lepiej.
Ostatnim elementem są występy gościnne. To taki smaczek, który powoduje uśmiech na twarzy, jeśli zna się trochę więcej k-dram. Mnie na łopatki zdecydowanie rozłożył ósmy odcinek, w którym pojawia się Kim Sung-chul (grający wcześniej z Song Joon-ki w Kronikach Arthdalu), oraz scena z serialu w serialu, w której pojawia się dwóch członków 2pm, koreańskiego boybandu, do którego również należy Ok Teacyeon.
CO TO ZA DRAMA?
Jakim właściwie gatunkiem jest Vincenzo? Trudno to jednoznacznie określić. Powiedziałabym, że jest to idealny miks akcji, komedii i romansu. Będą sceny, w których poczujemy ogromną bezsilność wobec okrucieństwa ludzi, którzy mają władzę. Będą momenty, w których popłyną łzy wzruszenia, zarówno łzy smutku jak i radości. Wreszcie, będą chwilę, w których będziemy śmiać się do rozpuku. Chociaż padnie wiele strzałów i poleje się trochę krwi, to nie zabraknie scen tak absurdalnych, że aż śmiesznych. Vincenzo to dobrze napisany serial, z mnóstwem żartów sytuacyjnych, ciekawymi postaciami i jeszcze ciekawszymi relacjami między bohaterami. Vincenzo to równocześnie mroczna historia o przyjemności płynącej z okrucieństwa, chęci dominacji i wszechobecnej korupcji. Co istotne przynajmniej dla mnie, kończąc każdy odcinek, nawet jeśli był brutalny, smutny lub oburzający, nie czułam się przygnębiona (co czasem zdarza się, gdy w filmie lub serialu pojawia się wątek z dużym ładunkiem emocjonalnym). Chodzi mi o to, że nawet najmroczniejsze sceny zostały umiejętnie przełamane odpowiednią dawką humoru, więc widz nie zostaje tylko z całym tym okropieństwem, ale może też wrócić do zabawnych lub wzruszających fragmentów odcinka.
Adrenaline to taki utwór przewodni. Pojawia się w prawie każdym odcinku - jeśli nie w pełnej wersji to chociaż linia melodyczna. I... w różnych aranżacjach (na przykłąd grana na klasycznych instrumentach koreańskich)! No i jest na prawdę super. Z ciekawostek: powstała też włoska wersja tej piosenki.
Z kolei na Instagramie The Swoonies (oficjalny kanał udotępniający treści dotyczące kdram dla Netflix) wrzucili post o wykorzystaniu włoskich utworów klasycznych w pierwszych odcinkach Vincenzo.
MAFIJNE KONTROWERSJE:
Rzuciło mi się na YT kilka filmów dotyczących tego, czy Vincenzo jest obraźliwy dla Włochów. Szczerze mówiąc zakładałam, że trochę tak. Bo wiecie, mafia, włoskie przekleństwa i żywa gestykulacja - to taki typowy stereotyp. Ale weszłam w sekcje komentarzy i szczerze się zdziwiłam. Rzeczywiście, kilka osób zwróciło uwagę na sposób przedstawienia Mafii w serialu, ale większość komentujących (którzy pisali, że są włochami, więc chyba im wierzę) wypowiadała się w sposób bardzo pozytywny. Najbardziej spodobał mi się komentarz "Ten serial zupełnie nie jest obraźliwy, dopóki nikt nie kładziedzie ananasa na pizzy." W realnym świecie Vincenzo musiałby być dużo starszy i musiałby nie być azjatą, żeby być tak ważny w rodzinie Cassano, no i raczej nie zdarzyłoby mu się odpuścić komukolwiek, ale hej - to serial, a nie film dokumentalny.
JĘZYK WŁOSKI:
W tej sekcji znów powołam się na znawców z YT. Fakt, że Vincenzo wiele lat mieszkał we Włoszech sprawił, że Song Joon-ki musiał wypowiedzieć kilka kwestii po włosku. Sama włoskiego nie znam, więc oglądając trudno mi było powiedzieć na ile dokładnie Vincenzo powiedział to co miał powiedzieć, ale... dało się uwierzyć w jego włoski. Nie był taki szybki i tak żywiołowy (szczególnie przy dłuższych wypowiedziach), jak można by się było spodziewać po kimś mieszkającym we Włoszech od dzieciństwa, ale Song Joon-ki wykonał kawał dobrej roboty. Szczególnie w scenach, w których złościł się po włosku.
Zanim przejdę do sekcji spoilerów chciałabym bardzo mocno zachęcić do obejrzenia Vincenzo. Odcinków jest 20 i są prawie jak pełnometrażowe filmy (1,5h każdy), ale czas przy nich lecie wyjątkowo szybko. I przyjemnie, bo oprócz znakomitej fabuły i obsady mamy okazję zobaczyć na prawdę przyjemny dla oka obraz.
Patrząc wstecz moja przygoda z Koreą zaczęła się chyba jeszcze w liceum, kiedy to starsza siostra mojej przyjaciółki wyjechała tam w ramach jakiegoś programu studenckiego. Wszystko co po tej podróży mi zostało to pamiątkowy ołówek z jakimś obrazkiem i napisem „I <3 KOREA”. (Tak, wciąż mam ten ołówek, nie jeszcze nigdy go nie używałam.) Ale był to epizod tak daleki, że gdy moja fascynacja tym krajem zaczęła rozkwitać ledwo sobie o nim przypomniałam (nie o wyjeździe siostry przyjaciółki, ale o ołówku).
Gdy w sierpniu 2019 roku dotarłam do belgijskiego hotelu, który miał stać się moim domem na kolejny miesiąc, nie spodziewałam się, że oddam się bez reszty oglądaniu filmików na YT, w których obcokrajowcy opowiadają o tym jaka Polska jest super. Niezbadane są algorytmy youtuba. Zaczęło się niewinnie od kilku filmików o nauce języków, o różnicach w polskim i niderlandzkim, o reakcjach obcokrajowców na polską kulturę... W pewnym momencie trafiłam na filmik, na którym kilku obcokrajowców rozmawiało po polsku o różnicach między ich kulturami, a kulturą naszego kraju. Tak oto po raz pierwszy zobaczyłam Koreankę (której kanał od tamtej pory obserwuję, bo treści mają super).
Ale największy wpływ na moją fascynację Koreą i jej kulturą miała moja współlokatorka, Chinka, która mieszkała ze mną w okresie pierwszego lockdownu w Belgii. Chcąc lepiej poznać kulturę Belgijską zaczęłam oglądać tamtejsze seriale (czego wcześniej wcale często nie robiłam). Widząc to, któregoś razu postanowiła zapoznać mnie z serialami Azjatyckimi. Z trzech lub czterech, których tytuły mi podała, na Netflixie udało mi się znaleźć dwa – oba Koreańskie. I tak to się zaczęło...
[1. Crash Landing on You] [2. Memories of the Alhambra]
1. Południowokoreańska bogaczka przypadkiem ląduje w Korei Północnej — i w życiu pewnego żołnierza, który postanawia pomóc jej się ukryć.
2. Dyrektor firmy inwestycyjnej szuka twórcy nowatorskiej gry wykorzystującej rzeczywistość rozszerzoną. Na jego drodze staje jednak kobieta prowadząca hostel w Hiszpanii.
~ Netflix
Koreańska Fala w tytule posta to nie przypadek. Jest to neologizm, którym określa się rosnącą popularność wszystkiego co koreańskie, od mody i filmu po muzykę i kuchnię. Szczególnie napędzana jest przez wzrost popularności koreańskich seriali i K-POPu.
Dziś nie umiem powiedzieć ile seriali koreańskich obejrzałam od tamtego czasu. Czym mnie zafascynowały? Będę próbowała odpowiedzieć na to pytanie za każdym razem wspominając którąś z obejrzanych dram.
Spoglądając na Crash Landing on You (CLOY) i Memories of the Alhambra na pewno w dużej mierze chodzi o niepowtarzalność historii i o nowość. Było to moje pierwsze starcie z kulturą koreańską, więc wiele rzeczy wymagało wyjaśnienia, ale wiele też miało szansę oczarować mnie po raz pierwszy.
Nieocenionym przewodnikiem w tej przygodzie był Kim Ju-meok, północno koreański żołnierz z CLOY, który w sekrecie oglądał seriale z Południa i objaśniał swoim towarzyszom kulturę południowokoreańską bazując na wiedzy z nich zaczerpniętej. Za każdym razem, gdy tłumaczył im jakieś zachowania czułam jak zaczynam rozumieć coraz więcej. Nawet jeśli niektóre jego spostrzeżenia był przerysowane albo odwoływały się do jakichś stereotypów to był to dobry punkt wyjścia do kolejnych seriali.
Urzekła mnie ścieżka dźwiękowa w obu serialach. W Memories of the Alahambra głównym motywem jest utwór o tym samym tytule grany na gitarze. Z kolei w CLOY tą samą melodię możemy usłyszeć, gdy Ri Jeong-hyeok (postać, którą gra Hyun Bin, aktor wcielającego się również w główną postać w Memories of the Alhambra) gra na komputerze. Takich referencji jest więcej i odnajdywanie ich sprawia dużą przyjemność. Muzyka w obu (i wielu innych) serialach robi na prawdę dobrą robotę. Z ciekawostek, okazuje się, że w wielu serialach OST (Oryginal Soundtrack) jest nagrywane dodatkowo przez aktorów jako taki bonus.
Warto zaznaczyć, że w przypadku wielu seriali trzeba dotrwać do ostatnich sekund emitowanego odcinka (trochę jak ze scenami dodatkowymi w MCU). Zazwyczaj możemy trafić na zapowiedzi kolejnego odcinka, ale zdarza się też, że dostajemy sceny dodatkowe, które tylko z nazwy są dodatkowe. Tłumaczą nam one nieco przeszłość bohaterów albo przedstawiają tło danej sytuacji. Szczególnie w CLOY te sceny ewoluują w każdym kolejnym odcinku i pokazują nam tą samą historię z nieco innej perspektywy.
Przyglądając się nieco bliżej CLOY możemy też zauważyć, że bardzo często różne sytuacje, relacje i miejsca zestawione sa ze sobą i porównywane. Przede wszystkim mamy tu Koreę Północną (KRLD) i Południową. I chociaż w pierwszej chwili bohaterka nie orientuje się, że oto znalazła się po niewłaściwej stronie linii demakracyjnej, to wszystko staje się dla niej jasne, gdy dociera do pierwszego terenu zabudowanego. Różnice są widoczne na każdym ktoku. Od ubioru mieszkańców, wyglądu domów, dostępu do telefonów czy samochodów... Ile prawdy jest w tym obrazie? Podobno całkiem sporo. Na YT znajduje się kilka wywiadów z uciekinierami z KRLD, którzy recenzują wygląd Korei Północnej w CLOY. Oprócz takich różnic widocznych na pierwszy rzut oka mamy też nieco dalej idące porównania. Główna bohaterka pochodzi z rodziny czeboli (kor: 재벌; dosłownie "bogata rodzina") - ma dużo pieniędzy piękny apartament, prowadzi własną firmę i zupełnie nie dogaduje się ze swoją rodziną. Gdy dociera do Korei Północnej nie ma nic, ale za to znajduje wsparcie i tworzy prawdziwe rodzinne relacje (z najzabawniejszym składem jaki sobie można wyobrazić). CLOY pokazuje nam, że status społeczny i bogactwo mogą zapewnić wiele wygód, mogą pomóc w wielu kwestiach, ale na pewno nie mogą kupić prawdziwej przyjaźni, miłości i zaufania, bez których trudno znaleźć sens życia.
Nie ukrywam, że pierwszy odcinek był nieco ciężki. Nie ze względu na fabułę... Ale trzeba się przyzwyczaić do języka, do rozpoznawania postaci, do zachowań, które czasami irytują i wprowadzają lekkie zażenowanie... Tego zażenowania jest nieco mniej, gdy zdamy sobie sprawę z różnic kulturowych. Ale na początku zdarzają się sceny, w których powinniśmy czekać w napięciu na to co stanie się dalej, a zaśmiewamy się w głos, bo zwrot akcji wydaje się być totalnie absurdalny.
Co do Memories of the Alhambra - fabuła jest nieco bardziej "nowoczesna". I przez pewien czas nieco bardziej europejska, bo akcja kilku pierwszych odcinków rozgrywa się w Granadzie, w Hiszpanii. Mamy więc grę VR, w którą można grać po założeniu specjalnych soczewek. Mamy zagubionego twórcę gry oraz właściciela firmy, który postanawia tę grę wydać. Mamy też pytanie o to, w którym momencie wirtualna rzeczywistość staje się naszą rzeczywistością i jaka odpowiedzialność spoczywa na twórcach gier i graczach. Są to tematy ważne dzisiaj i to na prawdę super, że są poruszane w serialach.
Nie myślcie więc więcej, że k-dramy to tylko rom-komy, które nie mają nic ciekawego do zaoferowania. Szczególnie nowe produkcje poruszają wiele tematów, które są na czasie i dodatkowo otwierają przed nami drzwi do zapoznania się z nową kulturą.
Kolejna odsłona przygód agenta Jej Królewskiej Mości była zwieńczeniem pracy Craiga jako Jamesa Bonda. Jako że jestem fanką postaci, zarówno w wersji książkowej jak i filmowej, wybrałam się do kina w pierwszym możliwym terminie (udało się zobaczyć Spectre na pokazie przedpremierowym!).
Wokół wszystko się zmienia. Bond udaje się na wakacje do Meksyku, gdzie zamiast odpoczywać załatwia swoje porachunki. Natrafia tam na trop, który sprowadzi go z powrotem do Anglii i dalej, w głąb Europy. Nie podoba się to jego szefostwu z MI6. Poza tym na politycznej scenie pojawia się nowa postać - C. Mężczyzna za wszelką cenę próbuje doprowadzić do zamknięcia sekcji 00 i zyskać nieograniczony dostęp do narzędzi śledzących każdego człowieka na Ziemi. Prywatna rozgrywka Bonda przeradza się w międzynarodowy konflikt. Okazuje się, że tak na prawdę nic się nie zmienia... Że wszystko cały czas było pod kontrolą... Pod kontrolą SPECTRE.
Chociaż postać 007 uwielbiam, to jakoś Daniel Craig w tej roli nie przypadł mi do gustu. Bond powinien być młodym, atrakcyjnym i silnym mężczyzną, a tymczasem w Spectre dostajemy zmęczonego życiem agenta, który mimo wielu romansów i przygodnych miłostek nagle zakochuje się po uszy. Na szczęście wciąż jest wygadany i potrafi zrobić niemałe wrażenie, ale dużo brakuje mu do pierwowzoru. Zdecydowanie w swoich rolach sprawdzili się Q, M i Monneypenny. Byli bezbłędni w swoich działaniach i znakomicie wykorzystali czas, który został im przeznaczony. W pewnym momencie show skradł C (już wiemy jak Moriarty wrócił do Londynu ;) ), ale na prawdę złym charakterem okazał się ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto dawno już został przez Jamesa Bonda zapomniany.
Pomysł na spięcie wszystkich filmów z Craigiem okazał się z jednej strony trafiony (jest pewna ciągłość, dostajemy odpowiedzi na kilka pytań i mamy szansę przypomnieć sobie co ciekawsze historie), a z drugiej to totalne odejście od formy do tej pory przyjętej (każdy film to osobna historia, w której biorą udział ci sami bohaterowie, ale nie mają ze sobą związku). To tak jakby seria w serii. Został mi po seansie pewien niedosyt, bo Bond okazał się dużo mniej absorbującą i dużo bardziej wkurzającą postacią niż dotychczas. Mimo to oceniam Spectre raczej na plus - z dużej sympatii dla serii, dla całkiem przyzwoitych efektów specjalnych i zdjęć oraz występów Q, M i Monneypenny.
Nie ma to jak lekkie opóźnienie, ale przecież "lepiej późno niż wcale". Na szarugę jesienną najlepsze są bajki, a w te wakacje było na co pójść do kina! Szczególnie najmłodsi i ci nieco starsi nie mogli narzekać na brak filmów skierowanych właśnie do nich. Przy okazji dzieciak mógł się obudzić w rodzicach... I wszystkich tych, których mimo "dorosłości" ciągnie do bajek i tym co w nich najlepsze.
Tytuł: Minionki
Tytuł oryginalny: The Minions
Reżyseria: Kyle Balda, Pierre Coffin
Premiera: 11.06.2015 (świat), 26.06.2015 (Polska)
Produkcja: USA
Minionki już od wielu lat pomagają Gru w byciu największym złoczyńcą na świecie, ale... Czy kiedykolwiek zastanawialiście się co było z nimi przed Erą Gru? Otóż minionki od zarania dziejów poszukiwały kogoś, kto mógłby zapanować nad światem i próbowały pomóc mu w osiągnięciu tego celu, jednak zazwyczaj doprowadzały swojego przywódcę do przedwczesnego opuszczenia naszej planety. Gdy przez wiele lat małe żółte istoty nie potrafiły znaleźć nikogo, kto by nimi pokierował znalazł się śmiałek, który postanowił odszukać takowego, aby przywrócić sens życia swoim współbraciom. I tak Kevin wyruszył w świat u boku mając Boba i Stuarta. We trójkę stawiali czoła wyzwaniom, płatali figle i nic nie robili sobie ze złych postępków Scarlett O'Haracz, której chcieli wiernie służyć.
Tytuł: W głowie się nie mieści
Tytuł oryginalny: Inside out
Reżyseria: Pete Docter
Premiera: 18.05.2015 (świat), 01.07.2015 (Polska)
Produkcja: USA
Bajka, która poruszyła mnie do łez! Płakałam dzięki Szczęśliwej i płakałam razem ze Smutną. Bo "zastanawialiście się kiedyś co siedzi w naszej głowie"? Riley poznajemy w dniu narodzin. Z nią dorastamy i odkrywamy świat pełen ciepła, miłości i przyjaźni, ale też smutku strachu i niezrozumienia. Patrzymy na kolejne wybory dziewczynki przez pryzmat siedzących w jej głowie i krzątających się po zakamarkach umysłu emocji - Radości, Smutku, Odrazy, Gniewu i Strachu. Dzięki nim dowiemy się (jak głosiły pojawiające się tuż przed premierą memy) "co jeśli emocje mają emocje?" Co nas kształtuje i co sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. Przepiękna, kolorowa i pełna humoru animacja, która trafia do widzów młodszych i starszych. Potrafi śmieszyć i wzbudzać niepokój powstrzymując się przy tym od żartów z podtekstami czy makabrycznych scen.
Trudno nazwać to "świeżą recenzją", bo od obejrzenia filmu do jej napisania minęło trochę czasu... Filmu już od kilku miesięcy w kinach nie ma i pozostało tylko, no właśnie - co? Czekać na wydanie na DVD albo premierę telewizyjną? Kontynuację? Czy ogłoszenie, że projekt się nie powiódł i na tym historia się kończy?
Jupiter (Mila Kunis) to młoda dziewczyna, która zarabia na życie sprzątając domy wraz z ciotką i matką. Co dzień rano wstaje z myślą, że chciałaby żyć inaczej, z myślą, że nienawidzi swojego życia. Ma kilka marzeń - między innymi chciałaby kupić teleskop, ale za co? Nie bez wahania zgadza się na pomysł zarobku wymyślony przez kuzyna. Ma poddać się zabiegowi... Gdy już znajduje się na fotelu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Raz stoją przed nią lekarze w kitlach, a chwilę później wyglądają jak przybysze z kosmosu. Żeby tego było mało do pomieszczenia wlatuje uzbrojony i niebezpieczny typ (Channing Tatum), który najwyraźniej próbuje ją uratować przed zgrają obcych. Dlaczego? Sprawa wcale nie jest taka prosta jak się wydaje. Jupiter chciałaby wrócić do domu, ale gdzie tak na prawdę jest jej dom? Po co Caine Wise, genetycznie zmodyfikowany łowca, ją ratował? Kto stoi za napaścią, a kto za wybawieniem młodej dziewczyny, która nie jest taka zwyczajna jak jej się wydaje? Czy dziedzictwo jej przeznaczone zostanie jej odebrane przez rodzeństwo Abrasax?
Można by zadać wiele pytań dotyczących fabuły. Wzbudzałyby zainteresowanie, ale również zdradzały ciąg dalszy historii, która jest na prawdę ciekawa. Tak, ciekawa. Spotkałam się z wieloma recenzjami i sama oglądałam film - cokolwiek mówią o aktorach, wrażeniu ogólnym itp. to na pewno nie można zarzucić rodzeństwu Wachowskim braku pomysłów i kreatywności. Jestem ciekawa czy Jupiter: Intronizacja doczeka się kontynuacji, a jeśli tak, to kiedy. Świat, który odwiedzamy z Milą Kunis, Channingiem Tatum, Seanem Beenenm i Eddiem Redmaynem (którego bardzo chciałam zobaczyć w roli czarnego charakteru!) jest intrygujący i zaskakujący. Pełno w nim absurdów, paranoi i okrucieństwa, ale bez paniki - znajdzie się miejsce na śmiech.
Chociaż mam pozytywne uczucia związane z filmem, to nie sposób nie zauważyć kilku dość istotnych i wpływających negatywnie na film szczegółów. Chyba, że taki był zamysł - kto to wie? Jest kilka fragmentów, w których bohaterowie zdają się zupełnie nie wiedzieć co robią w świecie, w którym się znajdują. Tak jakby aktorzy nie czuli swoich postaci, emocji i uczuć, które ich otaczają. Albo wręcz przeciwnie - przerysowują je wywołując salwy śmiechu. Zamiast kina akcji mamy wtedy do czynienia z komedią kategorii B. Jest dużo świateł, trochę dziwadeł, sporo efektów specjalnych, które nie zawsze są potrzebne. Mimo to dostrzegam sporo plusów. Wizualizacja świata, który poznajemy z główną bohaterką, jest bardzo realistyczna i bajkowa za razem. Podobały mi się też stroje - niebanalne, piękne.
Co do aktorów - nie powiem, że byli fantastyczni. Nie powiem też, że byli beznadziejni. Najlepiej byłoby nie mówić nic, ale jak już zaczęłam to powiem, że każdy z nich zagrał przeciętnie. Nie tak dobrze jak nas do tego przyzwyczaili, ale też tą rolą nie zaprzepaścili szans na dalszą karierę i nie zasłużyli na Złotą Malinę. Wcielili się w swoje role, ubrali się w przygotowane stroje i wyszli przed kamerę. Nie było źle. Chociaż liczyłam na więcej Eddiego Redmayna w filmie, to jego brak rekompensował w dużej mierze Channing Tatum. :)
Jeśli kiedyś wyemitują w telewizji, to polecam obejrzeć, ale chyba na DVD sobie nie kupię :)
W rolach głównych: Lily James, Cate Blanchett, Richard Madden
Premiera: 13.02.2015 (świat), 13.03.2015 (Polska)
Produkcja: USA
Kopciuszek to jeden z kilku długo wyczekiwanych przeze mnie filmów. Po dużym sukcesie Czarownicy bazującej na dość znanej bajce o Śpiącej Królewnie przyszła pora na film o kolejnej bohaterce Disneya. Tym razem na tapet wzięta została nie królewna, ale zwykła dziewczyna, córka kupca - Ella.
Ella, jedyna córka kupca i jego żony, to dziewczę miłe, dobre i odważne. Gdy przychodzi jej zmierzyć się ze śmiercią matki, idąc za jej radą, przyrzeka być zawsze dobra i odważna. Po kilku latach ojciec ponownie się żeni - tym razem nie z miłości, bo pamięć o matce Elli jest wciąż żywa, ale z dobroci. Do ich domu wprowadza się Macocha ze swoimi dwiema rozpuszczonymi córkami - Anastazją i Gryzeldą, i kotem Lucyferem. Na tym nie kończy się udręka dziewczyny. Krótko po przyjeździe nowych domowników Pan Domu musi wyjechać w interesach. Fatum, pech albo może niesprawiedliwy los zesłał na niego chorobę i zmarł w drodze. Ella została sama. Macocha odkryła swoje prawdziwe oblicze i wykorzystywała dziewczynę jak tylko mogła. Szybko Ella stała się gosposią we własnym domu. Jednak nie wszystko da się znieść bez mrugnięcia okiem - pewnego dnia roztrzęsiona i zrozpaczona wsiada na konia i pędzi przed siebie, by tylko znaleźć się jak najdalej od Macochy i jej córek. Niespodziewanie... wpada na księcia. Resztę historii znamy - zaproszenie na bal, dla wszystkich panien w mieście, dobra wróżka, karoca z dyni, szklane pantofelki i poszukiwania Tajemniczej Nieznajomej...
Cóż takiego bajkowego było w Kopciuszku? Nie skłamię chyba, jeśli powiem, że wszystko. Na samym początku należy nadmienić, że jest to ta wersja z happy endem, nie mroczniejsza, bliższa oryginału. W filmie urzeka nas każdy szczegół - stroje, muzyka, chwytające za serce dialogi, gra aktorska, scenografia... Dopełniają się nawzajem i tworzą obraz tak bliski (przynajmniej moim) wyobrażeniom o bajkowym świecie, że trudno oderwać oczy od ekranu. Kenneth Branagh zadbał o wszystkie, nawet najdrobniejsze szczegóły w tej superprodukcji i dzięki temu możemy oglądać w akcji małych myszowatych przyjaciół Kopciuszka jak i podziwiać pełną przepychu salę balową na królewskim zamku.
Trochę to będzie "dziewczyńskie", nawet aż nazbyt jak na mnie, ale po filmie nasuwa mi się jedna (ale nie jedyna) refleksja: ALE KSIĄŻĘ BYŁ PRZYSTOJNY! To już nawet nie chodzi o aktora (chociaż nie powiem, w innych rolach Richard Madden też jakieś tam wrażenie robi), ale o charakteryzację, strój, dialogi, postawę - był księciem kompletnym, bajkowym. Takim, o jakim marzą wszystkie małe dziewczynki (no, nie tylko te małe) kiedy zapragną być księżniczkami. Idąc dalej tym tropem swoje przysłowiowe "trzy grosze" wcisnęły tu też Cate Blanchett i Helena Bonham Carter odpowiednio w rolach Macochy i Dobrej Wróżki. Zwykle obie aktorki kojarzymy raczej z bohaterami o przeciwnych charakterach, niemniej jednak pokazały klasę i kunszt aktorski nadając swoim postaciom charakter oraz kreując przestrzeń wokół swojego bohatera. No i na sam koniec wisienka na torcie, Lily James w roli Kopciuszka. Ach, co to za dziewczyna! Przyznam szczerze - widziałam ją po raz pierwszy, ale od samego początku zyskała moją sympatię. W swojej roli nie była pretensjonalna, ale naturalna i delikatna, czasami nazbyt naiwna, ale czy Kopciuszek nie był właśnie taki? Rozpływam się, ale bez bicia przyznaję, że jest moim ucieleśnieniem postaci z bajki...
Podsumowując, gdy tylko nadarzy się taka okazja obejrzę jeszcze raz, a potem kolejny i kolejny... Jak wszystkie kultowe animacje Disney'a i ten film będę niedługo znała na pamięć! I jeszcze nie raz zapłaczę ze smutku i ze szczęścia razem z Ellą! Polecam :)
W rolach głównych: Ian McKellen, Martin Freeman, Richard Armitage
Premiera: 1.12.2014 (świat), 25.12.2014 (Polska)
Produkcja: USA, Nowa Zelandia
Co mogę powiedzieć o najnowszym (ale w tej chwili wcale już nie takim "nowym") Hobbicie? Że zupełnie odbiegał od pierwowzoru? Nie do końca... Że był rewelacyjny? Ale nie w każdym calu... Mam bardzo mieszane uczucia co do tej ekranizacji. Wychodziłam z kina zapłakana, bo nie da się ukryć - film był wzruszający. Pozostało jednak uczucie zawodu spowodowane niekiedy kosmetycznymi, ale momentami wręcz rażącymi zmianami w historii.
Zaczynamy tam, gdzie skończyła się poprzednia część, czyli w Esgatoth, które atakuje i pragnie doszczętnie zniszczyć Smaug. Potem, zgodnie z historią przedstawioną w książce, ruszamy do ruin miasta Dal, pod Górę, w której rezyduje już kompania Thorina Dębowej Tarczy. Oprócz ludzi i krasnoludów spotkamy tam też też Leśne Elfy, z Thranduilem na czele, pragnące odzyskać część skarbu będącego dotychczas w posiadaniu smoka. Wszystko zwieńczy, jak zdradza nam tytuł, bitwa pięciu armii. O co będzie się toczyła? Jakie zawiążą się sojusze? Po której stronie stanie Hobbit?
Szczerze mówiąc nie wiem co napisać, żeby nie zdradzić całkowicie fabuły tym, którzy nie znają książki oraz nie zadziwić za szybko tych, którzy niewątpliwie ją czytali, ale wiedzą, że filmowa wersja odbiega (nieco) od pierwowzoru. Nadmienię jednak: primo - co tam ciągle robi ta Elfka? Secundo - czemu Dain jeździ na ŚWINI? Poza tym, że chronologicznie wszystko się zgadza to oglądając tę część miałam wrażenie, że jestem w jakimś alternatywnym Hobbicie. Trudno do końca powiedzieć dlaczego... Bo przecież umierają Ci, którym taki los był pisany. Pozostali przy życiu wracają do normalności... Nawet Bilbo w końcu powraca do Shire. Ale są szczegóły. Drobnostki, przez które nie możemy (my - czytelnicy znający Tolkienowską wersję tej historii) spać spokojnie. Dla tych, którzy nie wyłapią zmian, film fabularnie będzie zdecydowanie zadowalający. Całej reszcie zostaje cieszyć się tym co jest i podziwiać kunszt twórców od strony... zdjęć, montażu i dźwięku, które stoją na wysokim poziomie!
Co do aktorów, kostiumów, ścieżki dźwiękowej itp. itd. jak zwykle przy tego typu produkcjach praktycznie brak mi zastrzeżeń. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, perfekcyjnie dobrane (no... oprócz świni Daina). Chętnie obejrzę film jeszcze raz biorąc pod uwagę "margines błędu" na wszelakie zmiany... Ale poczekam na wersję reżyserską. :)
W rolach głównych: Meryl Streep, Emily Blunt, James Corden
Premiera: 13 lutego 2015 (Polska) 8 grudnia 2014 (świat)
Produkcja: USA
Pozostając w klimacie bajek... Zastanawialiście się kiedyś co by się stało gdyby w jednym lesie spotkali się bohaterowie kilku opowieści? Dajmy na to Kopciuszka, Roszpunki, Zaczarowanej Fasoli i Czerwonego Kapturka? Nie? Szczerze mówiąc, ja też nigdy o tym nie myślałam. Nie musiałam - zrobili to za mnie twórcy Tajemnic lasu. Znane bajki w zupełnie nowej, bardziej musicalowej odsłonie w wykonaniu na prawdę niezłych aktorów!
Pewnego wieczora w piekarni zjawia się zła, mieszkająca po sąsiedzku Czarownica, która wyznaje Piekarzowi, że może odczynić zły urok (który na syna ściągnął ojciec kradnąc fasolę z ogrodu wiedźmy) jeśli do północy trzeciego dnia zdobędzie dla niej cztery rzeczy - mlecznobiałą krowę, włosy w kolorze kukurydzy, szczerozłoty pantofelek i czerwoną pelerynę. Jak Piekarz i jego żona mogą wejść w posiadanie tych artefaktów? Na pewno dadzą radę jeśli poszukają w lesie... Tamtędy wiedzie droga na królewski zamek, gdzie przez trzy dni i trzy noce odbywać się będzie festiwal. Tam też idzie szlak, a właściwie ścieżka, od pewnego gospodarstwa wprost na targ. Niezbyt uczęszczanym traktem Czerwony Kapturek podąża do mieszkającej w starym dębie babci. Gdzieś pośród wzgórz i wysokich drzew mieszka też w wieży urocza panna o warkoczu w kolorze kukurydzy, długim aż do ziemi... Czy trzy doby wystarczą na zdobycie tych czterech rzeczy? Jakie wynikną z tego konsekwencje dla bohaterów?
Zanim jeszcze film się zaczął miałam przeświadczenie, że będzie dobry. Z tak wyjątkowym gronem aktorów nie mogło być inaczej. No i miałam rację! Okazał się nawet bardzo dobry. Nie było to arcydzieło, a w samej końcówce odniosłam wrażenie, że twórcy na siłę chcieli zwieńczyć tą kompilację bajek wyjątkowym morałem i tempo akcji nieco siadło. Mimo to film stał na stabilnym, dość wysokim poziomie. Kostiumy, scenografia - wszystko robiło wrażenie. Warto nadmienić, że Tajemnice lasu to musical. Jak można się zatem domyślić większość smutków, żali i radości bohaterowie wyrażali śpiewająco. Zwieńczeniem muzycznych eskapad jest zdecydowanie duet dwóch książąt - Goniącego Kopciuszka i Wielbiciela Roszpunki. Tekst, owszem zabawny, ale w połączeniu z choreografią pozostawia niezapomniane wrażenie!
Cóż, podsumowując: nie wywołuj wilka z lasu! Nie zbaczaj ze ścieżek! Nie uciekaj trzy razy temu samemu facetowi! Nie oddawaj krowy za fasolę! Nie daj się podpuścić ładnej buzi! No i oczywiście... nic nie jest takie "jak w bajce". Na prawdę warto wybrać się do kina!
Premiera: 7 sierpnia 2012 (Polska) 10 czerwca 2012 (świat)
Merida to rudowłosa, odważna księżniczka, która nie chce wychodzić za mąż. Uważa, że wszystko byłoby dobrze gdyby tylko mama przestała jej mówić co ma robić i jak żyć. Najbardziej jednak zależy jej na tym, by zmieniła zdanie co do rychłego wyjścia za mąż. Merida robi co może, ale zamiast rozwiązać problem stwarza kolejne. Będzie musiała poradzić sobie z pochopnie podjętą decyzją i klątwą rzuconą bardzo dawno temu. Czy jej się uda? Czy rudowłosa, niepokorna księżniczka w końcu się podporządkuje? A może historia zakończy się jeszcze inaczej?
Merida Waleczna to nie tylko dobra, pełna humoru animacja, ale (jak to w bajkach Disney'a bywa) dawka dobrych rad i przestroga dla młodych oraz starszych widzów. Jest czas na łzy i czas na śmiech.
Tytuł: Zaplątani
Tytuł oryginalny: Tabgled
Reżyseria: Nathan Greno, Byron Howard
Premiera: 26 listopada 2010 (Polska) 24 listopada 2010 (świat)
Kto nie zna historii o Roszpunce? Przyznam się - ja! Z opowiadanych w dzieciństwie bajek pamiętam tylko, ze była długowłosą księżniczką, która mieszkała w wieży i zrzucała swój długi warkocz, by ktoś mógł dostać się na górę. Opowiedziana w Zaplątanych historia z miejsca przypadła mi do gustu. Porwana za młodu królewna ukrywana przed światem przez złą czarownicę przez przypadek poznaje Flinna, który zakradł się do jej wieży uciekając przed pościgiem. Księżniczka ukrywa drogocenny przedmiot, który złodziejaszek miał przy sobie i obiecuje go zwrócić jeśli chłopak zabierze ją z wieży i pokaże światła, które latają po niebie co roku w jej urodziny. Tak dobrana para rusza na wyprawę. Szybko stanie się jednak jasne, że droga nie będzie prosta i przyjemna, a najlepszą bronią w walce z przeciwnościami losu okaże się... patelnia! Pełna zabawnych zwrotów akcji, piosenek, humoru i dobrych rad bajka może przypaść do gustu każdemu, młodszemu czy starszemu, widzowi.
Dlaczego bajki? Bo pomimo wciąż zwiększającego się wieku widza nie przestają śmieszyć, bawić i uczyć. Poza tym animacja kojarzy się z dzieciństwem, dobrą zabawą i beztroską. Jakkolwiek ważne i poważne przesłanie będzie niesione przez taką czy inną bajkę odbiorca zawsze, prócz łez i morału, poczuje ogromny przypływ radości, a dobry humor sam zapuka do naszych drzwi. Taką dawkę szczęścia chętnie przyjmę w każdej wolnej chwili między czytaniem bardziej "dorosłych" książek i liczeniem "skomplikowanych" rzeczy.
Tytuł: Rogi
Tytuł oryginalny: Horns
W rolach głównych: Daniel Radcliffe
Gatunek: Horror
Reżyseria: Alexandre Aja
Polska premiera: 31. października 2014
Produkcja: USA, Kanada
Ostatnimi czasy wzrosła u mnie oglądalność filmów i nieco spadła ilość czytanych książek... Ale na szczęście całkiem literatury nie zostawiłam, a filmy, które mam przyjemność oglądać są na prawdę dobre. Mniej lub bardziej realistyczne, ale ciekawe i intrygujące. Do takich zdecydowanie mogę zaliczyć Rogi. Film jest zeszłoroczną produkcją, która dopiero niedawno zagościła na ekranach naszych kin.
Ig (Daniel Radcliffe) i Merrin (Juno Temple) byli uroczą parą. Byli, bo Merrin została zamordowana. Jednego dnia śmiała się, planowała i decydowała o swojej przyszłości, a kolejnego już nie żyła. Sąsiedzi, rodzina i policja widzieli tylko jednego winnego jej śmierci - według nich sprawcą był Ig. "Tak, wierzymy, że ją kochałeś. Zbrodnie najczęściej popełnia się z miłości, nie z nienawiści." Jedyną osobą, która wspierała go i broniła od zarzutów był Lee - najlepszy przyjaciel chłopaka. Jako jedyny nie widziała też... rogów, które pewnego dnia wyrosły na czole Ig'a. Za ich sprawą ludzie w jego obecności skłonni byli do robienia rzeczy zupełnie niezgodnych z ich naturą i z obowiązującymi normami. Czy rogi, które każdy może zobaczyć, są przekleństwem i oznaką winy? Czy może nieadekwatnie do tego z czym nam się kojarzą mają być błogosławieństwem?
Przez większość seansu byłam jak w transie. Motyw oskarżonego, niekoniecznie winnego chłopaka skrzywdzonej dziewczyny nie jest mi obcy, ale nie na tym skupia fabuła Rogów. To, co jest na prawdę istotne w tym filmie, to nie odszukanie winnego by oczyścić się z zarzutów (co oczywiście również jest dość ważne), ale wymierzenie kary. Ig starając się dowiedzieć co się stało tej feralnej nocy cofa się do wspomnień sprzed kilku dni i sprzed kilku lat. Dzięki temu poznajemy historię znajomości z Merrin, poznajemy ich przyjaciół. Wszelkie waśnie z dzieciństwa, niezałatwione sprawy, drobne przysługi... Wszystko takie niewinne i takie brzemienne w skutki! Tytułowe rogi są ważnym elementem fabuły, który do ciekawej historii dodaje odrobinę paranormalności. To one są powodem wielu powodzeń jak i niepowodzeń głównego bohatera. Mam też wrażenie, że to przez nie film nosi miano horroru, a nie dramatu lub thrillera.
Efektów specjalnych nie ma może zbyt wiele, ale te, które się pojawiają są na całkiem przyzwoitym poziomie. Rogi bardzo mi się podobały, tak samo jak pełzające wszędzie węże. Żeby jednak być całkiem szczerą muszę przyznać, że przesadzono z udziwnieniami w scenie finałowej. No nie, po prostu nie! Gdyby nie fantazyjnie odstrzelona głowa, balrog i płonący anioł byłabym w stanie to zaakceptować, ale to już było dla mnie za dużo! W efekcie całą akcję skwitowałam tylko stwierdzeniem "W jaki sposób on pomaga mu chodzić? Dostał w udo! Powinien wykrwawić się w ciągu 4 minut, a ta scena trwa już 5!" zamiast powiedzieć "Ale czadowo wygląda!".
Co do obsady - aktorzy zagrali na prawdę świetnie! Jedną z zabawniejszych rzeczy w tym filmie było oglądanie "młodego Pottera" - wspomnień z dzieciństwa Ig'a, w którym grany jest przez Mitchell'a Kummena. I ta myśl przecinająca umysł jak błyskawica - "Harry tak nie wyglądał!". Ale tak zupełnie serio wypada powiedzieć, że Daniel Radcliffe to kawał dobrego aktora. Owszem, prawdopodobnie do końca życia będę utożsamiała go z rolą Chłopca Który Przeżył, ale grając potrafi wykreować zupełnie inną postać, zerwać z dotychczasowym wizerunkiem i stworzyć coś nowego. Bardzo spodobali mi się też Lee grany przez Max'a Minghella oraz brat Ig'a - Terry, w którego wcielił się Joe Anderson. Byli najbardziej charakterystycznymi postaciami drugoplanowymi w tym filmie. Dodawali akcji pikanterii i tajemniczości.
O fabule było, a efektach specjalnych i aktorach też. Mogłabym dorzucić jeszcze parę słów o zdjęciach i muzyce, ale te nie wyróżniały się niczym specjalnym. Spełniały swoje role znakomicie, czyli przekazywały to co mieliśmy zobaczyć, wzmacniały ten przekaz i budowały napięcie. Idealnie wkomponowały się, a może połączyły wszystkie czynniki budujące ten film. Co z tego wyszło? Musicie zobaczyć sami. Mi osobiście Rogi przypadły do gustu, chociaż jedną czy dwie sceny mogłabym zupełnie wyrzucić lub chociaż drastycznie zmienić. Mimo wszystko, a może właśnie dlatego polecam serdecznie.
Tytuł: Zaginiona dziewczyna
Tytuł oryginalny: Gone Girl
W rolach głównych: Ben Affleck, Rosamund Pike
Gatunek: triller, dramat
Reżyseria: David Fincher
Polska premiera: 10. października 2014
Produkcja: USA
W tym tygodniu udało mi się skraść kilka wolnych chwil i uciec ze świata liczb, bramek logicznych i języka C++ do... kina. Tak właśnie. Uciekłam i biegnąc na oślep trafiłam na Zaginioną dziewczynę. No może nie tak całkiem na oślep, bo prawdę mówiąc podążałam za tłumem pragnącym zobaczyć ten film. Ale grunt, że trafiłam.
Amy i Nick są dokładnie pięć lat po ślubie. Od niedawna mieszkają w małym miasteczku w Missouri, gdzie przeprowadzili się z Nowego Jorku. Ich życie nie układa się tak kolorowo jak dawniej. Oboje stali się tacy, jakimi nigdy nie chcieli być: On - marudzącym nieudacznikiem wiecznie przesiadującym w barze, Ona - zrzędliwą panią domu. Gdy w dniu 5. rocznicy ślubu Ona znika.... On staje się głównym podejrzanym o zabójstwo. Poszukiwania Niezwykłej Amy trwają, śledztwo posuwa się naprzód i z każdą chwilą jest coraz więcej dowodów na winę Nick'a. Napięcie rośnie, gdy na jaw zaczynają wychodzić dowody świadczące o jego niewinności i pojawia się myśl: może to jednak nie było tak?
Zaginiona dziewczyna to film, który ma wiele atutów. Wyliczanie mogę zacząć od znakomitej obsady: Ben Affleck w roli Nicka i Rosamund Pike jako Amy, jego żona, to para znakomicie dobrana. Tworzą razem prześliczny obrazek, ale pod maską cudownego małżeństwa skrywają brudne tajemnice. Jako jednostki Amy i Nick są równie wyraźni. Ona pozornie bezbronna potrafi zadbać o siebie jak mało kto, On rozdarty miedzy tym co jest, a tym co powinno być stawia czoła sytuacji, w której się znalazł.
Kolejną mocną stroną tego filmu, od której w zasadzie powinnam była zacząć, jest fabuła. Żaby nie zdradzać zbyt wiele skupię się jedynie na początku akcji i budowaniu napięcia, które narasta z każdą minutą. Wyobraźmy sobie dzień jak co dzień. Wyjście z domu, standardowe odwiedziny w barze, rozmowa z siostrą i nagle... telefon od sąsiada: kot biega przed domem. Cóż zrobić - skoro kot przed domem, to pewnie ktoś nie domknął drzwi. Czyli, że żona wyszła i zapomniała, albo może on ich nie zamknął, a ona siedzi gdzieś na górze... No trudno, trzeba wrócić. Powrót nieśpieszny, bo przecież kot od siedzenia na dworze nie zdechnie. Po wejściu do domu... narastająca panika. Drzwi niedomknięte, żony nie ma. W salonie przewrócony stolik, rozbite szkło. Co mogło się stać? Policja, przesłuchanie. Nagle z "dnia jak co dzień" Nick trafia do piekła. Okazuje się, że Amy zniknęła, przepadła bez śladu. Wszystkie ślady jakie udało się znaleźć policji świadczą na niekorzyść Nicka. Ten z kolei wygląda na oszołomionego i sprawia wrażenie niezdolnego do zarzucanych mu czynów. Czy jest znakomitym aktorem czy może ofiarą misternie utkanej intrygi? Czy sprawca całego zamieszania działał w pojedynkę? Czym się kierował? To i wiele innych pytań przychodzi do głowy jak lawina. Odpowiedź na wiele z nich odnajdziemy dość szybko, a mimo to film nie staje się nudny - przeciwnie! My wiemy coś, czego nie wiedzą bohaterowie. Czekamy w napięciu na ich ruch znając zagranie przeciwnika...
Czy były jakieś słabe strony? Jeśli tak, to nie zwróciłam na nie większej uwagi. Można by dopatrywać się jakichś niedociągnięć czy niespójności... ale szczerze mówiąc - nie warto na siłę.
Pójście na Zaginioną dziewczynę do kina było strzałem w dziesiątkę! Film poruszył kilka cięższych kwestii - jak na dramat przystało. Trzymał w napięciu, co moim zdaniem jest warunkiem wystarczającym do nazwania go thrillerem. Fabuła była spójna, bohaterowie realistyczni. Pomysł... nie wpadła bym sama na takie rozwiązanie! Zdecydowanie pozytywnie oceniam ten film i polecam serdecznie :)
Seria: X-Men
Tytuł / Tytuł oryginalny: X-Men
W rolach głównych: Hugh Jackman, Patrick Steward, Ian McKellen
Gatunek: Sci-Fi, Akcja
Reżyseria: Bryan Singer
Polska premiera: 13. października 2000
Produkcja: USA
Spotkania z X-Menami czas zacząć. Dziwię się, że dotąd nie miałam okazji obejrzeć ani jednaj części z tej serii... Zapalnikiem okazał się najnowszy film X-Men: Przeszłość, która nadejdzie. Widziałam go w kinie jakiś czas temu i postanowiłam nadrobić zaległości i zapoznać się z historią X-Menów. Czy było warto? Na razie jak najbardziej tak!
Z Marie coś jest nie tak. Gdy chłopak, z którym się całuje nagle dostaje drgawek i ledwie uchodzi z życiem dziewczyna postanawia uciec jak najdalej od domu. Okazuje się, że na dalekiej północy jest zupełnie inaczej niż sobie wyobrażała. Przez szczęśliwy, a może nieszczęśliwy zbieg okoliczności spotyka mężczyznę nazywanego przez wszystkich Wolverine. Szybko okazuje się, że on też nie jest normalny - regeneruje się z niesamowitą szybkością, a ponadto z wierzchu dłoni wyrastają mu trzy metalowe pazury. Wolverine jej jedyną szansą na wydostanie się z ponurego miasteczka. Gdy już ruszą w drogę ktoś postanowi ich zatrzymać. Ktoś inny przyjdzie z pomocą i da schronienie. W ten sposób Marie i Logan trafią do Szkoły dla Utalentowanych profesora Charlesa Xaviera. Jednak nie będzie ona końcem, a zaledwie początkiem przygody. Kto i dlaczego na nich napadł? Kim jest Magneto? Jaki związek z tym wszystkim ma tocząca się debata na temat Mutantów?
Cóż mogę powiedzieć? Jeśli nie to, że na prawdę mi się podobało, to nie wiem co. Począwszy od ciekawej fabuły, na którą składa się historia poszczególnych postaci, ogólna sytuacja społeczna oraz relacje między jednym a drugim, a skończywszy na dynamice obrazu i dźwięku. Nie było to porażające i powalające z nóg dzieło, ale film na wysokim poziomie, przy którym w napięciu oczekiwałam na dalszy rozwój akcji. Muszę również dodać, że oprócz wymienionych powyżej czynników pojawia się wiele innych. Na przykład Hugh Jackman, który zyskał moją sympatię wcielając się w rolę Wolverina. Tak na prawdę podobała mi się gra aktorska całej obsady: w rolach Profesora i Magneto Patrick Steward oraz Ian McKellen, Halle Berry jako Storm, James Marsden - Cyklop, w roli Marie Anna Paquin oraz Pamke Janssen jako Jean. Oprócz nich uczniowie Szkoły dla Utalentowanych, czarne charaktery i przechodnie. Wszyscy oni stworzyli alternatywną rzeczywistość, w której znajdujemy się oglądając X-Men'ów.
Polecam bardzo! Jeśli ktoś jeszcze nie miał styczności z tą serią to musi to zmienić, jeśli miał - może sobie przypomnieć początki. :))
Tytuł: Czarownica
Tytuł oryginalny: Maleficent
W rolach głównych: Angelina Jolie
Gatunek: Fantasy, Familijny
Reżyseria: Robert Stromberg
Polska premiera: 30. maja 2014
Produkcja: USA
Czego spodziewałam się idąc na Czarownicę? Niewątpliwie ciekawej, niebanalnej historii. I właśnie to otrzymałam! Historię o Śpiącej Królewnie zna każdy. Były tam trzy dobre wróżki i jedna zła, ale nikt nigdy nie dociekał dlaczego ona była zła. W końcu w każdej bajce musi być jakaś postać, która spędza sen z powiek wszystkim pozostałym. Czarownica to trochę taki "fan-art" i wariacje na temat motywacji Diaboliny. Uważam go za bardzo udany.
W sąsiedztwie, w pokoju żyły ze sobą dwa królestwa. Jedno rządzone przez króla, drugie nieposiadające władcy. Jedno pragnące wzbogacać się i powiększać terytorium, drugie cieszące się darami natury i porządkiem, który panuje. Jedno było królestwem ludzi, drugie wróżek i innych stworzeń magicznych. Ludzie nigdy nie zapuszczali się do puszczy, bo bali się jej mieszkańców, ale pewnego dnia to miało się zmienić... Kiedy młody chłopiec, Stefan, zyskał przyjaźń swojej rówieśniczki, wróżki o imieniu Diabolina, wszystko wydawało się nadzwyczaj piękne. Jednak chęć zdobycia władzy i chęć posiadania na zawsze zmieniły jego, Diabolinę i oba królestwa. Zdradzona niewinna wróżka zmieniła się w żądną zemsty czarownicę. Rzuciła urok na Aurorę - nowo narodzoną księżniczkę wrogiego już królestwa. Nie mogła wtedy wiedzieć, że ta klątwa zmieni również ją... Jaka była Diabolina? Kto tak na prawdę jest dobry, a kto zły?
Wszystko zależy od punktu widzenia. Dobrze znana wszystkim bajka mówi, że król był dobry, a czarownica zła. Co jeśli było odwrotnie? Tego dowiemy się oglądając Czarownicę. Do gustu przypadła mi nie tylko fabuła, ale film jako całość. Przepiękne zdjęcia, niesamowite kolory i charakteryzacje. Świat przedstawiony na filmie był jak prawdziwy, z tą tylko różnicą, że bardziej niesamowity. Efekt 3D dodatkowo wzmacniał to wrażenie. Była też jak zwykle przepiękna Angelina Jolie w roli Diaboliny, Elle Fanning jako Aurora - urocza i dostojna. Ponadto Król (Sharlto Copley), Książę Filip (Brenton Thwaites), a także zmieniający się w krótka Sam Riley. Znakomita obsada! Przyjemnie oglądało się ich otoczonych bajkowym krajobrazem. Jeśli chodzi o trzy Dobre Wróżki - nie przypadły mi do gustu. W tej znanej nam wersji bajki były nieporadne, ale nie irytujące. Kłóciły się i przekomarzały, ale raczej z pozytywnym nastawieniem. Tutaj, jak wszystko, zostały przedstawione opacznie. I to jedyna rzecz, która drażniła mnie podczas seansu.
Film raczej na plus. Nawet na bardzo duży, bo wyszłam z kina z przekonaniem, że wydałam pieniądze na coś, co mi się podobało. Warto było czekać do końca, bo na napisach leci "Once upon a dream" (piosenka znana z rysunkowej wersji Disney'owskiej Śpiącej Królewny) w wykonaniu Lany Del Ray. Bardzo polecam wszystkim miłośnikom Disneya, bajek, opowieści o księżniczkach, wróżkach... :)
Tytuł oryginalny: Captain America: The Winter Soldier
Tytuł: Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz
W roli głównej: Chris Evans
Gatunek: Science-Fiction, Przygodowy
Reżyseria: Joe Russo
Polska premiera: 26. marca 2014
Produkcja: USA
Kolejna odsłona przygód Kapitana Ameryki. Tym razem nie będzie on walczył przeciwko nazistom, ani też przybyszom z innego świata. Nie stanie u boku Avengersów, ale będzie musiał podjąć walkę sam. No może nie do końca sam... Przecież pomaga mu Czarna Wdowa.
Kapitan Steve Rogers już na dobre zadomowił się w nowym świecie. Przynajmniej takie można odnosić wrażenie, bo wszystko powoli zaczyna się układać. Niestety zbyt powoli. Następuje seria ataków, między innymi na Nicka Fury'ego, za które odpowiedzialny jest tajemniczy Zimowy Żołnierz. Kapitan Ameryka nigdy o nim nie słyszał, ale to nic dziwnego - przecież przez kilkadziesiąt lat tkwił w bryle lodowej! Najdziwniejsze jest jednak to, że Zimowemu Żołnierzowi przypisywane są różne ataki już od kilku dziesiątek lat, a na dodatek mało kto widział go na prawdę. Czy jest tylko legendą, czy Steve wraz z Czarną Wdową będą musieli zmierzyć się z potworem?
Pierwsza wskazówka - NIE CZYTAJCIE OBSADY ZANIM WYBIERZECIE SIĘ NA FILM. Czar pryska, kiedy zbyt szybko wie się za dużo. Tajemnica musi zostać rozwiązana podczas seansu, nie wcześniej! Poza tą zagadką w filmie mamy do czynienia z kilkoma innymi, bo jak zwykle nie wiadomo kto tak na prawdę jest dobry, a kto tylko udaje. Co tak na prawdę było celem zamachów, a co tylko miało odwrócić uwagę?
Efekty specjalne, szybkie tempo akcji, na prawdę rewelacyjni aktorzy - to właśnie składa się na sukces filmu Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz. Zabawne dialogi oprócz standardowych kwestii w filmach sensacyjnych, bo w końcu to science fiction oparte na komiksie. Masa śmiechu połączona z grozą sytuacji i tajemnicą, która może okazać się zgubna nie tylko dla bohaterów, ale dla całej Ameryki. Ba! Dla całego świata. Nic nie będzie takie jak dawniej jeśli Kapitan Ameryka i Czarna Wdowa nie wypełnią misji jak należy. Nie będzie to proste, bo wszyscy i wszystko będzie przeciwko nim... Jeśli lubicie kino akcji, Marvela, komiksy - to jest właśnie film dla Was!
Tytuł oryginalny: Beautiful Creatures
Tytuł: Piękne istoty
W rolach głównych: Alden Ehrenreich, Alice Englert
Gatunek: Fantasy, Melodramat
Reżyseria: Richard LaGravenese
Polska premiera: 13. lutego 2013
Produkcja: USA
Kiedy w zeszłym roku film wszedł do kin słyszałam wiele opinii. Zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Nie udało mi się jednak wtedy go zobaczyć, ale niedawno nadarzyła się okazja, więc obejrzałam. I co ja mam o tym sądzić?
Do miasteczka Gatlin przybywa Lena (Alice Englert), dziewczyna zamieszkuje ze swoim wujem Maconem (Jeremy Irons), którego wszyscy się boją i mają za dziwaka. Z tego właśnie powodu już pierwszego dnia w szkole zaczynają się jej problemy... Wszyscy się z niej naśmiewają z wyjątkiem Ethana (Alden Ehrenreich). Chłopak chce wyrwać się z małego miasteczka, ma ambicje w przeciwieństwie do większości ludzi zamieszkujących Gatlin. Uwielbia książki i to właśnie o nich zaczyna rozmawiać z Leną. Ich relacja rozwija się, przyjaźń, zakochanie... Jednak nie wszystko jest normalne. Lena jest Obdarzona. Posiada wielką moc, która może przysłużyć się dobru lub złu. Jednak zanim się okaże czy dziewczyna należy do Światła czy do Ciemności musi ukończyć 16. rok życia. Do tego czasu może cieszyć się miłością Ethana, później - wszystko zależy od tego, czy zdoła pokonać klątwę...
Historia jest na prawdę ciekawa. Nawet sam zarys fabuły prezentuje się dobrze, nie mówiąc już o tym co otrzymujemy, gdy zaczniemy oglądać. Dobrze nie znaczy wspaniale. Piękne istoty nie są arcydziełem, ale przyjemną opowiastką dla młodzieży. Na film składa się wiele czynników. Niektóre z nich po prostu nie zostały uwzględnione lub pominięto je, nie dokończono w procesie tworzenia. Mamy zatem świetne zdjęcia, scenografię i stroje. Są mało znani, ale zabawni, pełni charyzmy i uroku aktorzy, którzy w zadowalającym stopniu odgrywają swoje role. Mamy wreszcie niebanalną historię. Czego więc zabrakło? Czy chodzi o przekombinowane, trochę tandetne efekty specjalne, czy może o nieprzemyślane rozwinięcie niektórych wątków? Trudno mi powiedzieć. Czegoś jednak zabrakło. Czegoś, co sprawia, że film jest po prostu kolejną opowieścią o magicznych stworzeniach borykających się z ludzkimi problemami, a nie dziełem, o którym będzie się mówiło i do którego chce się wrócić.
Przeczytałam kilka recenzji, obejrzałam film i wciąż zastanawiam się dlaczego ludzie porównują Piękne istoty do Zmierzchu. Oprócz tego, że chłopak zakochuje się w nowo przybyłej do miasteczka dziewczynie oba filmy nie mają ze sobą nic wspólnego. Dlatego czasem nie warto czytać recenzji... Podsumowując - Piękne istoty to historia inna niż pozostałe, ciekawa, niebanalna. Szkoda, że została została tak niedopracowana (lub może zbyt dopracowana? tak, że aż przepracowana...?). Można miło spędzić czas oglądając Piękne istoty, ale trzeba być w odpowiednim nastroju.
Tytuł / Tytuł oryginalny: Iron Man 3
W roli głównej: Robert Downey Jr
Gatunek: Science-Fiction, Przygodowy
Reżyseria: Shane Black
Polska premiera: 9. maja 2013
Produkcja: USA, Chiny
Przed nami najnowsza odsłona przygód superbohatera w żelazie. Iron Man 3 to według mnie najlepsza z trzech części opowiadających o przygodach Tony'ego Stark'a. Jest tu jeszcze więcej akcji, jeszcze więcej szalonych pomysłów głównego bohatera i jeszcze więcej adrenaliny.
Pepper odwiedza stary znajomy i stara się ją namówić do współpracy przy badaniach nad jego niezwykłym projektem. Jako prezes Stark Industries mogłaby pokryć część kosztów badań lub udostępnić mu laboratoria. Aldrich Killian otrzymuje jednak odpowiedź odmowną. W tym samym czasie na świecie dochodzi do serii ataków terrorystycznych, za które odpowiedzialność bierze tajemniczy Mandaryn. Zaczyna panować chaos i panika, ponieważ po wybuchach nie zostaje nic - z bomb i ludzi. Nieszczęśliwy zbieg wydarzeń czy też precyzyjny plan sprawia, że Iron Man musi podjąć wyzwanie i ruszyć w świat by walczyć o to, co ma w życiu najcenniejszego.
Po raz kolejny roztacza się przed nami obraz świata science-fiction, w którym jest miejsce na latające zbroje z żelaza, na prawdę bardzo dużo latających zbroi z żelaza, i niezwykłe rozwiązania... botaniczne. Film jest przesiąknięty nowinkami technologicznymi i wizją świata przyszłości, ale nie jest to uciążliwe. Wręcz przeciwnie - nadaje Iron Man'owi 3 niepowtarzalny klimat. Musimy jednak pamiętać, że nie tylko ci dobrzy mają wielką siłę, ale zaawansowaną bronią władają przede wszystkim złoczyńcy. W tej części są oni bardzo... wyjątkowi, dają czadu i są wybuchowi! Film pełen jest humoru, który idealnie pasuje zarówno do Tony'ego Stark'a - playboya, megalomana, jak i niepowtarzalnego odtwórcy jego roli - Roberta Downey'a Jr. Pozostali bohaterowie, którzy towarzyszą Iron Man'owi od samego początku też mają swoje pięć minut w tej części. Zostaje zachowany idealny balans między akcją, a humorem, żelaznym superbohaterem, a pozostałymi postaciami.
Iron Man 3 to najbardziej niesamowita część opowiadająca o przygodach Tony'ego Starka. Oprócz jak zwykle niezawodnej Pepper, uszczęśliwionego nową posadą Happy'ego i ustatkowującego się Iron Man'a mamy całą plejadę dobrych i złych bohaterów, którzy swoją obecnością potrafią rozruszać towarzystwo. Są w stanie zaproponować nam całkiem zgrabną intrygę z efekciarską sceną finałową. Znajdzie się nawet chwila na wzruszenie... Na prawdę gorąco polecam!
Seria: Jump Street
Tytuł / Tytuł oryginalny: 22 Jump Street
W rolach głównych: Jonah Hill, Channin Tatum
Gatunek: Komedia
Reżyseria: Phil Lord
Polska premiera: 13. czerwca 2014
Produkcja: USA
Druga, zdecydowanie lepsza odsłona przygód Schmidta i Jenko - policjantów, którzy pracując pod przykrywką odszukują dilerów narkotykowych. Tym razem wybierają się nie do liceum, ale na studia! Jeszcze więcej imprez, jeszcze więcej narkotyków i jeszcze więcej śmiechu!
Schmidt i Jenko pracują teraz przy Jump Street 22 (budynek przy Jump Street 21 - kościół z koreańskim Jezusem - odkupili Koreańczycy). Wciąż poszukują dilerów narkotykowych, ale nie idzie im to. Wszystko ma się zmienić, kiedy zostają wysłani na studia. Znów otrzymują nową tożsamość, znów mają rozpracować sieć narkotykowego kartelu. Wszyscy powtarzają, że sprawa jest "dokładnie taka sama, jak poprzednia". Jednak okazuje się, że robiąc znów to samo do niczego nie udaje im się dojść. Trzeba spróbować czegoś nowego, tylko czego? Jedynym tropem jest zdjęcie, na którym widać zmarłą z przedawkowania dziewczynę i człowieka bez twarzy. Współpraca Jenko i Schmidta nie klei się. Ten pierwszy odnalazł bratnią duszę w Zook'u, który gra w futbol, za to drugi się zakochał. Czy mimo to uda im się odnaleźć dilera? Może ta sprawa rzeczywiście jest dokładnie taka sama jak poprzednia?
Po raz kolejny mocną stroną filmu okazali się bohaterowie. Głównie oni byli przyczyną mojego niekończącego się śmiechu. Oprócz wciąż zachwycających Jenko i Schmidta mieliśmy całą plejadę zabawnych postaci. Począwszy od Zooka, przez Mayę - dziewczynę Schmidta, Kapitana Dicksona, Mercedes - współlokatorkę May'i, bliźniaków Yong'ów, a skończywszy na Duchu - przywódcy narkotykowego kartelu, z którym policjanci z Jump Street mierzą się na początku filmu. Wszyscy oni są jedyni w swoim rodzaju. Tworzą niesamowitą atmosferę. Słowne gagi i sytuacje, w których wszyscy oni biorą udział były tak komiczne, że nieraz cała sala wybuchała śmiechem. Niektóre żarty były tak wieloznaczne, że aż trudno w to uwierzyć! Film jest kierowany zdecydowanie do tej trochę starszej publiczności, która oglądając 22 Jump Street na pewno będą bawić się znakomicie! Wisienką na torcie jest ostatnie 5 - 10 minut filmu - rewelacja. Polecam : )
Seria: Jump Street
Tytuł/Tytuł oryginalny: 21 Jump Street
W rolach głównych: Jonah Hill, Channing Tatum
Gatunek: komedia, kryminał
Reżyseria: Michael Bacall
Polska premiera: 13. lipca 2012
Produkcja: USA
Cóż mogę powiedzieć? Niesamowity duet, wiele śmiechu i kryminalna zagadka do rozwiązania. To właśnie przepis na komedię doskonałą! Jeśli dodamy jeszcze do tego Chaninnga Tatum i fakt, że on i Jonah Hill udają licealistów (będąc prawie 30-letnimi policjantami) możemy liczyć na prawie dwie godziny dobrej zabawy.
Schmitd i Jenko chodzili razem do liceum, a potem obaj trafili do szkoły policyjnej. Chociaż nie przepadali za sobą w przeszłości (w zasadzie to wręcz się nie znosili) to postanowili pomóc sobie i dzięki tej współpracy obaj ukończyli szkołę i zostali policjantami a nawet partnerami. Po dość poważnym błędzie podczas aresztowania zostają przesunięci do wydziału na Jump Street, który przez większość policjantów nie jest traktowany poważnie. Tam Jenko i Schmitd otrzymują zadanie - wrócić do liceum i odnaleźć dilera narkotykowego. Zyskują nową tożsamość i wracają do czasów szkolnych. Jenko, który zawsze był uwielbiany odkrywa nagle, że teraz w liceum jest zupełnie inaczej - nie potrafi się odnaleźć, nie należy do "elity". Egzystuje na marginesie szkolnego ekosystemu. Za to Schmitd, który kojarzy liceum z najgorszym okresem swojego życia, poznaje dziewczynę i staje się najbardziej zaufanym człowiekiem szkolnego gwiazdora. Jak odnajdą się w nowych rolach? Czy odnajdą dilera?
Pomysł na film jest na prawdę rewelacyjny. Oczywiście intryga nie jest aż tak misterna, żeby nie można było spróbować zgadywać kto jest głównym podejrzanym, ale pomimo to dałam się zaskoczyć. Bohaterowie również są niesamowici. Jenko i Schmitd stanowią duet bardzo stereotypowy: przystojny sportowiec, trochę niekumaty i niski, inteligentny grubasek. Oprócz tego nadopiekuńczy rodzice Schmidta, którzy na czas akcji byli również rodzicami Jenko, znany w całej szkole Eric, Pan Walters - nauczyciel od wychowania fizycznego, Kapitan Dickson... Wszyscy oni sprawili, że nie mogłam spokojnie wysiedzieć. Oglądałam wciąż się śmiejąc. Polecam serdecznie!